Facebook

Gehenna fińskich jeńców na srebrnogórskim forcie

Opublikowano dnia Cze 20, 2014 w Tajemnice

Opublikuj na Google+Obublikuj na FacebookOpublikuj na Twitterze

Historia, którą chciałbym opisać, zdarzyła się pod koniec II wojny światowej. Dotyczy jeńców wojennych z kraju, który w latach II wojny światowej był sojusznikiem hitlerowskich Niemiec. Znane mi źródła o historii fińskich jeńców w srebrnogórskim forcie, nie opisują dokładnie ich prawdziwych losów.

 

 

A co mówią świadkowie?

Józef z Heidelbergu twierdzi, że pierwszy transport jeńców fińskich przybył do Silberbergu (dzisiejszej Srebrnej Góry) w lipcu lub połowie sierpnia 1944 roku. Przywieziono ich pociągiem, który zatrzymał się na bocznym torze Banhnhof Silberberg. Początkowo zamierzano przetransportować ich w rejon Twierdzy kolejką górską, ostatecznie zdecydowano że pójdą pieszo. Brakowało jednak ludzi, którzy by mogli konwojować ten niecodzienny pochód. Wraz z transportem przyjechało kilku oficerów SS i kilkunastu żołnierzy Waffen SS. Do transportu kolejowego tylu wystarczyło, lecz do eskortowania jeńców – zdecydowanie nie. Zaczęto więc dowozić policjantów z Frankesteinu, dzisiejszych Ząbkowic Śl., a także z kilku okolicznych wiosek. Według wuja Irwina, który był moim rozmówcą, pociąg o randze specjalnego, przybył na stację, wczesnym popołudniem. Transport stał na bocznicy aż do późnej nocy. Logistyka zajęła Niemcom wiele czasu, mimo, że do pomocy dowieziono także policjantów z sąsiednich wiosek. W końcu, pod dowództwem oficerów SS, sformowano kolumnę jeńców prowadząc krętą drogą w kierunku górnej Srebrnej Góry. Utrzymanie ładu i zachowanie szyku w długiej i rozciągniętej kolumnie sprawiało duże trudności. Konwojujący w żaden sposób nie potrafili porozumieć się z jeńcami. Finowie nie rozumieli niemieckich komend, nie reagowali na nie. Ponadto odgórny rozkaz wyraźnie nakazywał, by traktować ich łagodnie unikając przemocy. Droga była daleka i po jakimś czasie zaczęła się piąć pod górę, jeńcy fińscy szybko się męczyli, więc kilkakrotnie zarządzano postoje. Kolumna maszerowała w kierunku głównego fortu Donjon mijając miejscowość Silberberg i dalej kamienistą drogą zmierzając do fortu Strohhaube, dzisiaj zwanego fortem Słomiane Czepce, należącego do całego srebrnogórskiego systemu obronnego. Należy zauważyć, iż w niedalekiej odległości mijano inny obóz jeniecki, znajdujący się w forcie Hochenstein (po polsku Wysoka Skała). Jeden z policjantów wspominał, że wielu z konwojowaych, gdy podeszli w górę niedaleko twierdzy, było zaniepokojonych, ponieważ nawet nie wiedzieli dobrze, gdzie i po co są prowadzeni. Podczas jednego z postojów Finowie pisali kartki ze swoimi domowymi adresami, wciskając je do rąk policjantom, ci zaś najczęściej odrzucali je gdzieś na bok. Jak później się okazało kartek było bardzo dużo. Nocny wiatr rozrzucił je po całej okolicy. Rano ludzie miejscowi znajdowali je i odnosili na pobliski posterunek policji.

Na krótko przed przybyciem jeńców fińskich wspomniany obiekt Strohhaube starannie przygotowano. Postawiono tam wiele wież wartowniczych, kilka małych budek dla strażników, a także gdzieniegdzie postawiono zasieki z drutu kolczastego. Załoga składała się z kilku żołnierzy SS, oraz członków Volkssturmu, których podporządkowano nowo utworzonej jednostce wartowniczej Waffen SS.

Na wieżach zamontowano reflektory i karabiny maszynowe, zaś w dużej odległości przed fortem postawiono tablice o zakazie zbliżania się. Zarówno robotnicy, korzystający z pobliskich kamienistych dróg, pracujący na pobliskiej farmie zwierząt futerkowych, jak i drwale zajmujący się wyrębem drzew w tamtych okolicach, musieli się pogodzić z tym faktem. Przybyłych jeńców zakwaterowano w pomieszczeniach starego fortu, w jego kazamatach i przestronnych komorach bojowych. Mówiono w okolicy, że jak dla jeńców, to warunki nie były takie złe. Ich odosobnienie od świata zewnętrznego i od innych jeńców przebywających w okolicznych fortach było, można by rzec, pozorne. Przez fort przewijało się dziennie mnóstwo ludzi z najbliższych okolic, niezbędnych do funkcjonowania fortu, niektórzy wachmani też byli miejscowi, a nawet kucharze byli z jakiegoś pobliskiego miasteczka. Sami Finowie zaprzyjaźniali się z wieloma miejscowymi. Należy dodać, że jeńcy Fińscy mieli kontakt z swoimi rodzinami, gdyż poczta polowa, która była im zapewniona, kursowała regularnie. Po pewnym czasie, nie było żadną tajemnicą dla wszystkich mieszkających wokół, kto w forcie przebywa, dlaczego i co się tam wewnątrz naprawdę się dzieje.

W forcie Strohhaube, gdy po kolejnych transportach liczebność jeńców wzrosła, jeszcze pod koniec 1944 roku wprowadzono nieco większą dyscyplinę. Podzielono jeńców na dwie grupy, w jednym skrzydle fortu była grupa „Eins”, a w drugim grupa „Zwei”. Jeńcy pierwszej z nich byli traktowani bardzo dobrze i z szacunkiem, otrzymywali lepsze racje żywnościowe, lepszy tytoń z przydziału niż sami Niemcy, otrzymywali nawet świeżą prasę. Druga zaś grupa miała znacznie gorzej. Stało się tak dlatego, że dowództwo obozu wprowadziło nową politykę namawiania oficerów i podoficerów do wstąpienia w szeregi wojska niemieckiego bądź do innych służb frontowych. Właśnie ci z grupy pierwszej podpisali gotowość służenia w niemieckich oddziałach. Potwierdził tą obozową sytuację Gustaw D., którego dziadek był lekarzem i często bywał w fortach srebrnogórskich. Wspominał on fakt, że nawet wizyty u lekarza były przywilejem tej lepszej grupy jeńców fińskich. Należy podkreślić, że nadchodził czas, kiedy Niemcy na wielu frontach ponosili coraz dotkliwsze straty w ludziach. Liczył się więc każdy dodatkowy żołnierz. Rygor w drugiej grupie był dotkliwy. Bardzo często o czwartej czy piątej rano robiono apele trwające po kilka godzin. Zaś sam zastępca komendanta, Untersturmführer, z pomocą tłumacza potrafił przez godzinę uświadamiać jeńcom o korzyści płynące z przejścia na ich stronę. Niejednokrotnie też bito jeńców bez powodów: za złą postawę, brudne buty czy głupią minę. Wyżywienie tej niepoprawnej grupy było bardzo kiepskie: śniadanie składało się z kubka czarnej cykoriowej albo zbożowej kawy i około 10 dekagramowej kromki chleba, obiadem był litr przeźroczystej zupki z kartoflem lub z brukwią, zaś kolacja była podobna do śniadania, a czasem wydawano zupę, która zostawała z obiadu. Oczywiście, grupa wychodziła codziennie rano i wieczorem do pracy, polegającej na zbieraniu kamieni wokół fortu, znoszenia ich na stosy zaraz przy murach fortu. Trudno odgadnąć, po co to robiono – być może, by jeńcom zająć czas. Co niektórzy w miasteczku opowiadali, że jeńcy pracowali także w niedziele do południa, dopiero po południu mieli czas wolny. Mimo zakazów i rygoru Finowie z grupy drugiej utrzymywali kontakty ze współwięźniami pierwszej grupy, a także z miejscowymi Niemcami. Na początku października 1944 obozowi esesmani przeprowadzili prowokację. Ukryli kilka sztuk broni na terenie fortu, a następnie podczas demonstracyjnej rewizji ją znaleźli. W efekcie posądzono dwóch jeńców, których miejsca do spania znajdowały się najbliżej miejsca ukrycia broni. Oskarżono ich o próbę zorganizowania zbrojnego powstania. Proces był szybki, demonstracyjny i przykładowy. Oczywiście, sędzią był komendant obozu wraz ze swym zastępcą. Skazano ich na śmierć przez rozstrzelanie. Jeńców, po odczytaniu wyroku, wyprowadzono do znajdującego się kilkaset metrów od fortu lasu, gdzie wcześniej został wykopany dół. Tam zostali rozstrzelani i tam też zostali pochowani, bez krzyża, ani jakiegokolwiek znaku. To zdarzenie odniosło skutek odwrotny do zamierzonego. Po kilku dniach, niespodziewanie dla Niemców, jeńcy o umówionym czasie zorganizowali bunt. Brała w nim udział także ta uprzywilejowana grupa. Z wypowiedzi wachmanów, którzy ocaleli, jeden z fińskich podoficerów, meldujący wieczorny apel, wyciągnął z rękawa swego mundurowego płaszcza pistolet i strzelił niemieckiemu oficerowi prosto w głowę. Był to sygnał dla obu grup jenieckich do rozpoczęcia powstania. Szybko przeprowadzona akcja całkowicie zaskoczyła Niemców, na kontratak było za późno. Wielu strażników niemieckich straciło życie od ciosów zadanych nożami i szpikulcami zrobionych z uchwytów do wiader. Jeńcy przejęli kilka sztuk broni krótkiej i długiej, a także karabin maszynowy typu MG. Cała, wolna już grupa, podczas ucieczki ostrzeliwała się, gdyż Niemcy ogłosili alarm i rozpoczęli szybką akcję odwetową. Jeńcy przedostali się zachodnią stroną fortu do lasu, chcąc jak najszybciej ujść pod osłoną ciemności stromymi zboczami. Braki w amunicji spowodowały, że jedynym ratunkiem była jak najszybsza ucieczka i rozproszenie się, gdyż ogień niemieckich karabinów stawał się coraz intensywniejszy. Grupy jeńców rozdzielały się coraz bardziej, jedni nieco słabsi kondycyjnie poukrywali się pomiędzy skałami, chcąc przeczekać. Inni przedzierali się na zachód w stronę Volpersdorfu (dzisiejszego Woliborza), zaś reszta pod gradem kul przedzierała się na południe, w stronę Warthy (dzisiejszego Barda). Po upływie kilku godzin ściągnięto dodatkowe oddziały żandarmerii i wojska z pobliskich miejscowości, w sile kilkudziesięciu uzbrojonych w broń maszynową żołnierzy. Ogłoszono alarm w całym okręgu. Należy stwierdzić, że na skutek akcji odwetowej Niemców bardzo wielu jeńców poległo. Sprowadzono samochód z megafonami, który jeździł drogą po przełęczy srebrnogórskiej, wzywając zbiegłych Finów do poddania się, obiecując im jako karę jedynie przeniesienie do innego obozu i traktowania wciąż jak jeńców wojennych. Finowie zaczęli zdawać sobie sprawę z beznadziejności swojej sytuacji. Część z nich poddała się, a kilkunastu po prostu zabłądziło na nieznanych leśnych stromych zboczach. Poddających się fińskich powstańców wiązano sznurkami po kilku i prowadzono prosto na teren obozu, z którego wcześniej uciekli. W forcie kazano im się rozbierać do naga, nawet nie pozwolono im zatrzymać nieśmiertelników, a następnie wyprowadzono ich drogą pod fortami w kierunku Lisiej Farmy, na północ, prawdopodobnie na małe polany na szczytach, niedaleko drogi, a także gdzieś w pobliże siodłowatego wzniesienia zwanego Hahnkuppe. Tam zostali grupkami, po sześciu, rozstrzeliwani. Opowiadano, że taki okrutny los zgotował więźniom sam komendant okręgu wojskowego z Breslau. Proces wyłapywania pozostałych kilkunastu ukrywających się jeńców fińskich przeprowadziły ściągnięte grupy Policji Wałbrzyskiej z psami tropiącymi. Rozstrzeliwania ostatnich złapanych Finów ponoć trwały do godzin przedpołudniowych następnego dnia, zaś zwożenie odnalezionych poległych jeńców zajęło jeszcze wiele godzin. Wcześniej wykopane doły, gdzie wrzucono rozstrzelanych i poległych, skrzętnie zasypano, a na wierzchu posadzono małe drzewka iglaste i między nimi ułożono przywiezioną trawiastą darń. W międzyczasie wtajemniczeni i oddani sprawie policjanci z Waldenburga (dzisiejszego Wałbrzycha) w kolejnym dniu przeszukiwali Strohhaube. Wnętrze fortu i jego okolice zostały dokładnie przeszukane, aby nie pozostawić najmniejszego śladu po bytności straconych jeńcach fińskich. Znalezione dokumenty, książki, zapiski, karteluszki, mundury i rzeczy osobiste starannie zebrano na plandekach i wywieziono je w to samo miejsce kaźni, oblano benzyną i spalono, zaś popioły i niespalone resztki zakopano i zamaskowano darnią. Tak tragicznie zakończył się los fińskich jeńców, którzy decydując się na bunt i ucieczkę mieli nadzieje, że dane im będzie wrócić do rodzin, domu i Ojczyzny.

tekst Mieczysław Bojko


Więcej z cyklu „Fort jakiego jeszcze nie znamy”:

Facebook

Skąd pochodzi nazwa Fort Ostróg?

Nazwa fortu w Srebrnej Górze pochodzi od nazwy góry na której został zbudowany, ostrego, skalistego wierzchołka charakterystycznie odznaczającego się od innych okolicznych gór (Forteczna Góra) 627 m npm.) Fort przez lata miał różne nazwy: Fort Ostróg Fort Górnik Spitzberg (Festung Spitzberg, Der Spitzberg) Poniżej ciekawe zdjęcia historyczne dotyczące fortu: (dzięki stronie Dolny Śląsk)       […]

Zamknij